× STRONA GŁÓWNA TEAM| WYDARZENIA| KALENDARZ| WYNIKI| GALERIA| GPS| STOWARZYSZENIE O NAS
WYDARZENIE
J-LABS SKAŁA RACE (17.06.2025)

O tym wyścigu po raz pierwszy usłyszeliśmy w zimie. W zasadzie nie wiadomo było czego się spodziewać - pierwsza edycja imprezy organizowanej przez ludzi, którzy w tym doświadczenia na oko nie mieli - aczkolwiek mieli przynajmniej doświadczenie zawodnicze.

Tak czy siak wpisaliśmy ją sobie w kalendarz startowy, bo do miejsca jej rozgrywania - czyli Skały - mamy całkiem blisko. Podobnie jak i Zawiercie leży ona na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Wiedzieliśmy natomiast, że z powodu stosunkowo wysokiej opłaty startowej nie uda się wystawić szerszego składu. Tak więc zaszczyt reprezentowania klubu w Skale przypadł: Ani, Michałowi, Pawłowi oraz mi.

W ramach przygotowania do wyścigu dwa tygodnie wcześniej postanowiliśmy objechać trasę. Niestety - 100m po wjeździe na pętlę wyścigu dało się usłyszeć charakterystyczny dźwięk - przeskoczyło zazębienie ratchetu w tylnej piaście mojego roweru. W zasadzie w tym momencie już było wiadomo, że z objazdu będą nici - co prawda piastę dało się rozebrać nawet bez narzędzi, ale gwiazdek ratchetu, które raz przeskoczyły na zazębieniu, nie da się w terenie zregenerować. Pierwszy raz w historii do domu musiałem załatwić transport. Używany ratchet do mojej 26-letniej piasty Gipiemme znalazł się już następnego dnia (konkretnie - dał mi go MaciekPro Bike Studio), więc na szczęście mogłem kontynuować przygotowania do wyścigu. Jednak trochę zniechęcenia zostało.

Zdjęcie: Filip Radwański

Większe zniechęcenie powodowała inna sprawa - start sektorowy. W Regulaminie wyścigu i na stronach organizatora start sektorowy nie był opisany - oprócz informacji, że sektory będą. W końcu okazało się, że o przynależności do danego sektora decydować będzie kolejność opłat startowych. Chcąc nie chcąc - wszyscy dostaliśmy więc ostatni sektor startowy. A na wyścig ten zgłosił się komplet zawodników - w liczbie 500, bo tyle wynosił limit.

W sobotni ranek udaliśmy się do Skały zniechęceni, ale przynajmniej pogoda była optymalna. Na miejscu było już tylko lepiej - widać było wzorową organizację. Miejsce startu - Centrum Kultury, Sportu i Rekreacji w Skale – znakomite. Odebranie numerów - bardzo szybkie. Pakiet startowy - jeden z lepszych, jakie widziałem (choć na snobistyczne imprezy nie jeżdżę). Miasteczko startowe - jedno z ciekawszych, o ile nie najciekawsze, jakie widziałem na imprezie, w której startowałem. Lepiej było tylko na Pucharze Świata MTB-XCONovym Mescie. Przyjechaliśmy w miarę wcześnie, więc udaliśmy się jeszcze na objazd początkowych kilometrów trasy. Było tam kilka selektywnych podjazdów, więc warto było je poczuć pod korbą.

Wyścig ten miał swój start honorowym pod wspomnianym wcześniej Centrum Kultury, ale start właściwy odbywał się już poza Skałą, czyli jakiś kilometr dalej. Do tego miejsca dojeżdżaliśmy zgodnie z porządkiem sektorowym. Wszystko było świetnie zabezpieczone - policja była nawet z Zawiercia. Jednak ten dojazd dla mnie o mało co nie skończyłby się pechowo - zawodniczka AGH przewróciła się na rondzie tuż przede mną. Na szczęście wyhamowałem, ale przez przymusowy postój w ustawieniu sektorowym straciłem jeszcze z 50 pozycji. Tak więc do startu ostrego musiałem zadowolić się pozycją w okolicy 400 miejsca. Nie miałem na tyle tupetu, żeby - jak ta zawodniczka - wepchnąć się później do czołówki sektora. Przez myśl przeszło mi, że znając mojego pecha - przewróci się jeszcze raz przede mną.

Start sektorów odbywał się co 3 minuty. Były trzy sektory: pierwszy dla numerów 1-150, następny dla 151-300, a ostatni dla reszty. Tak więc w najlepszym przypadku można było próbować gonić czołówkę sektora, ale przy tym ustawieniu już na starcie miało się jakieś 30 sekund straty. Szanse marne, ale cóż zrobić. Trzeba się będzie skupić na jechaniu swojego, ewentualnie próbach omijania przewracających się zawodniczek AGH.

Zaraz po starcie spodziewałem się tłumu kolarzy i wielu niebezpiecznych sytuacji. Tak jednak nie było. Końcówka sektora jechała trochę bez ciśnienia - a może po prostu ustawili się tam ci, co chcieli ukończyć wyścig, a nie w nim rywalizować. Minąłem Anię, minąłem Pawła, minąłem Michała i próbowałem skakać między grupkami. W zasadzie była to jedyna słuszna taktyka. Trzymanie się dłużej z kimkolwiek wyprzedzanym nie miało sensu. Trzeba było ustawić się odpowiednio przed drugą połową dystansu, gdzie powinna ukształtować się już jakaś bardziej zgrana grupka. Zresztą zostały już tylko nadzieje na walkę w pierwszej setce.

Wszystko faktycznie dobrze się układało. Na pierwszych kilkunastu kilometrach skakałem, robiła się selekcja i udało się stworzyć taką 3-osobową grupkę, która dość równo podjeżdżała. Większość podjazdów była selektywna i jeśli ktoś chciał tworzyć grupkę - musiał podjeżdżać tak jak ona. Na prostych i zjazdach można było odpocząć na kole. Na 25. kilometrze był najstromszy podjazd na pętli. Pamiętam, jak powiedziałem do kolegi prowadzącego grupkę 'dobrze podjeżdżasz'. Co odpowiedział - już nie słyszałem, bo przeskoczył mi ratchet, który podmieniłem niecałe dwa tygodnie wcześniej. W jednej sekundzie już wiedziałem, że to koniec wyścigu. Resztę podjazdu, podobnie jak i pozostałe 7km wyścigowej pętli musiałem pokonać pieszo. Wyprzedził mnie Michał, potem Paweł, na końcu Ania. Miałem okazję zobaczyć, jak wygląda końcówka peletonu - bo pomimo, że te 7km szedłem pieszo, to samego końca wyścigu nie doczekałem. Faktycznie znaczna większość osób wciąż tam się ścigała - po prostu mieli marną wydolność. Nie przyjechali jednak zaliczyć ten wyścig. Jak tak sobie wolno szedłem to przez myśl przeszła mi jeszcze jedna możliwość - jak ktoś z drużyny ukończy wyścig, to może na jego rowerze przejechałbym drugą pętlę. Ale to już chyba byłoby za dużo kombinacji.

Zdjęcie: Dariusz Krzywański

Po dojściu do mety usadowiłem się parędziesiąt metrów za 'kreską', żeby móc obejrzeć finisz. Faktycznie - pierwsi byli Ci, których przed wyścigiem obstawiałem - startowali z I sektora. Tyle, że oni nie wygrali... jak się okazało najszybciej jechała czołówka mojego sektora. Oni co prawda wjechali trochę później, ale czas przejazdu wyścigu mieli krótszy. Tego nikt się chyba nie spodziewał - patrząc choćby na transmisję na żywo - tam pokazywana była cały czas czołówka peletonu, czyli I sektor.

Tak więc wyścig zorganizowany wzorowo. Nagrody też były bardzo dobre. Jeśli wyścig będzie zorganizowany również za rok - z całą pewnością zjedzie tutaj czołówka, a limit 500 uczestników może zostać wyczerpany dość szybko. Trochę żałuję, że nie dojechałem do mety - drużynowo zajęlibyśmy wtedy 4. miejsce. W przyszłym roku nie sądzę, żeby jakiejś amatorskiej drużynie udało się stanąć na podium tej klasyfikacji. W tym roku można było przynajmniej powalczyć.

Paweł Pabich
Zdjęcie tytułowe: Dariusz Krzywański
Powrót...